|
- Wszyscy baczność! Sierżancie! Meldujcie o stanie oddziału! -
Mocno niewyspany sierżant obdarzył pokrzykującego bufona powłóczystym spojrzeniem. Choć zdecydowanie nie miał ochoty robić rozliczenia oddziału, głównodowodzący wyraźnie właśnie go sobie życzył. Ziewnął więc, odczekał jeszcze chwilę i zaczął mówić.
- No to tak, mamy tu naszych dzielnych wojaków panie jenerale - rzekł z namysłem - Żołnierzy - dodał, jawnie zadowolony ze swojej przenikliwości.
"Jenerał" nie był usatysfakcjonowany opisem.
- Sierżancie, czy wyście bełtem w hełm zarobili? Tyle to i ja widzę. Mówcie, co to za hołota nam się ostała, co ma na sobie i ile mamy gęb do wykarmienia, psia mać.
Zrezygnowany sierżant porzucił wszelką nadzieję i rozpoczął meldunek.
- Ci tutaj panie to nasze mięso arma… Eee… Nasi wojownicy! Mamy tu trochę elfów, ale najwięcej to tu naszych chłopaków. To dobre ludzie, pewni w bitce, sieką szeroko i giną bez gadania jak trza. Każdy swój miecz traktuje jak kochankę a i w bitwie pikne hołubce z nią wyczynia. Jak się któremu za gorąco koło du… o przepraszam panie jenerale, koło plecków za gorąco zrobi, to takie młynki kręcą i wywijasy, że aż się miło człekowi na duszy robi. Tylko nie gramotni oni trochę… Jakśmy się ostatnio tłuki nad tamtym strumykiem, to się połowa naszych narwańców wpakowała pod łuki tym, psia ich mać, zawszonym orkom… -
- Orkowie mają łuczników? Diabli nadali… a my? Dali nam jakichś? -
- Ano dali panie… ino nasi tłukli wtedy z innego wzgórza tych orków z jataganami… To już tak się zrobiło zwyczajne, że woje się biją, a łuczniki ich z góry trach, trach… Ale nasi szczelcy lepiej wtedy stali. -
- Jak lepiej stali, to czemu myśmy w rzyć dostali? -
- Przecież to oczywiste - stwierdził mentorskim tonem znudzony sierżant - Nasi lepiej się ustawili, ale u nas i u nich jeszcze są tacy inni wojowie. Chude to takie, małe i szybkie, łażą z jakimiś takimi… ni to scyzoryk, ni kozik. Spojrzysz na takiego i nie wiesz, woj to czy co? Ale ja wtedy mówię: to są zwiadowcy. Sprytne bestyjki tak się potrafią przyczaić, że dostrzec ich nie można. A jak Ci dopadną do plecków, to już nie ma na co liczyć - tu wyszczerzony sierżant zrobił niedwuznaczny gest po własnej szyi - tylko się uśmiechać szerzej można. No albo czasem więcej dziurek do oddychania zrobią, z troski chyba o innych. Szkopuł tylko, że nasi poszli wtedy i za wcześnie się odsłonili. Jak po nich łucznicy salwą przejechali, to nie było co zbierać, takie z nich jeżyki zrobili. A te orkowe skradajce doszli do naszych na wzgórze i nam urządzili taką balangę, że…
- Psauronowe nasienie! Nadziwić się nie mogę… -
- Panie, unosić się nie ma czym, tak po prawdzie to oni do niczego są. I nasi, i ich zwiadowcy. Ledwo go ktoś zauważy, to z takim koniec. Zbroja cienka, skórzana jakaś. A wtedy, to pech był i tyle…
- Dobra. Trzeba to do kupy zebrać. Mamy to wojowników, łuczników i zwiadowców. Orkowie mają podobnych. I to jest wszystko?
Sierżant z politowaniem pokręcił głową - Jak mi pan jenerał da dokończyć, to się dowie. Widzi jenerał tego kolorowego, o tam z tyłu? Przy nim radzę jenerałowi trzymać język za zębami - ciągnął sierżant, nie zwracając uwagi na nabierającego koloru purpury zwierzchnika - Tamci, to tak naprawdę całą bitwę toczą. Jeden taki, jak trzaśnie kulą ognia, pozapala tych oberwańców, potem trzepnie przez rzyć błyskawicą i jeszcze huknie jakąś dziwną mocą… Mogiła… A jeszcze nie jedno potrafią. Jak go obaczy jaki łucznik i spróbuje naszpikować, to taki mag, bo tak się zwie ich, potrafi wokół siebie bańkę zrobić taką, co zatrzymuje strzały. A jak nawet gdzieś oberwie to wyleczyć się też umie. I innych! Sam widziałem, jak jednemu chłopakowi z trzeciej dywizyji urąbało nogę. Już się wykrwawiał, ale przyszedł jeden z tych peleryniastych, błysnął, świsnął i noga na miejscu była… Jak taki jest na polu bitwy, to ni ma co się bić - podsumował zmęczony gadaniną sierżant.
- Rozumiem… Cóż skoro tak… Ooo! Biją na alarm! Przygotować się do walki! Łucznicy w pogotowiu! Sierżancie…? Gdzie wy się wybieracie?
- Eee… My, no tego… Eee… na zwiad? -
- Jaki zwiad, nie było rozkazu! Oj coś mi tu trąci dezercją panie sierżancie, będzie sąd polo… -
- Oj panie jenerale! - Wtrącił szybko sierżant - Myśmy się tak trochę ugadali z ten tego, tymi orczymi wojami… Bo jak na polu bitwy i tak tylko te szarlatańce rządzą i czasem jakiś heros-oszołom wyleci z płonącym mieczem i gania trolle po ruczajach, to gdzie tam miejsce dla nas? Tedy my, co by śmierci nie było za wiele, na piwo się umówilim i pieczonego prosiaka… -
- Jasna choroba! Zdrada! - pan "jenerał" aż zsiniał w uniesieniu, ale już po chwili ochłonął - Prowadź panie sierżancie, trzeba będzie te umowy zbadać z bliska… -
- Tak jest! - rozbudzony sierżant zasalutował służbiście i rozpromieniony poleciał skrzykiwać chłopaków na pit… Eee… Bitkę!
Autor: Glahir Tharnul
|